VegeImpresje

Tomasz Szewczyk Photographer, Illustrator, Painter.

Na poczcie

– Pani Basiu zważy mi Pani tą paczkę? – Pyta klientka i próbuje przecisnąć przez małe pocztowe okienko ogromny foliowy wór pełen słodyczy.

– Pani Basia – Tak, ale waga jest za mała. Proszę czekać.

Journal Intime II

Journal-Intime-II

W urzędzie

Urzędniczka.

Ja nie mogę Panu tego powiedzieć, bo potem Pan powie, że tak Panu powiedziała pani z urzędu przez telefon i potem będę miała problem.

Journal Intime

Journal-Intime

Podróż w czasie

W niezatartych wspomnieniach zachowałem idealny obraz domu na wsi. Nasycony intensywnymi barwami mojego dzieciństwa wciąż stoi na polanie pośród gór.

Dom mojej Babci jest drewniany, przestronny i otoczony starymi dębami. Pomieszczenia wciąż wypełnia blask letniego słońca wpadającego przez wysokie okna. Światło rysuje trapezy na deskach wytartej, drewnianej podłogi jadalni, a zapach świeżo skoszonej trawy bez przeszkód wpływa do wnętrz przez otwarte na oścież okna i miesza się w doskonałych proporcjach z aromatem zupy jarzynowej, intensywnie parującej z porcelanowej wazy stojącej na stole.

Tuż obok znajduje się gabinet Dziadka, który każdego lata przez otwarte okna zaprasza do swego wnętrza dębowe gałęzie. W panującym półmroku widzę stojące pod ścianami różnokolorowe płótna obrazów i czuję wszechobecny zapach terpentyny.

Jest też obszerny, biały stół z szufladami stojący pośrodku pokoju, z blatem zastawionym po brzegi szkicami i przyborami do rysowania w srebrnych, metalowych puszkach. Te niezliczone ilości ołówków, kredek, stalówek, pędzli, słoiczków z farbami oraz tuszami nieustannie fascynują mnie i zapraszają. Mimo upływu lat nie opuszcza mnie pragnienie, by usiąść na wygodnym krześle, zająć miejsce przy tym opuszczonym warsztacie i zacząć rysować.

Obok sztalugi, na statywie pod warstwą kurzu odpoczywa wielkoformatowy aparat fotograficzny, który pochylił się pod ciężarem obiektywu i nienaturalnie wydłużył płócienną harmonijkę. Pod dłuższą ścianą stoi ogromy regał, który od wieków naznacza gości łuszczącą się bielą farby. Solidny mebel wypełniony jest sporą ilością książek, atlasów, map oraz rysunków, z których część przytwierdzona jest pinezkami do desek. Pośrodku konstrukcji, pomiędzy półkami stoi stary gramofon w otoczeniu płyt. Instrument w milczeniu spogląda kwiatem tuby dźwiękowej w moją stronę. Jest też sosnowa drabina oparta o regał. Na jej szczeblach suszą się ilustracje zroszone deszczem.

We wspomnieniach słyszę jeszcze głośny świergot ptaków. Te przesycone kolorami, jaskrawe obrazy tkwią we mnie głęboko i niezmiennie od lat.

Podróż-w-czasie

Kultura ignorantów

Uważamy się za istoty wyjątkowe. Sądzimy, że jesteśmy gatunkiem lepszym od innych. Gatunkiem aspirującym do duchowych wartości, posiadającym większą wrażliwość oraz zdolność do empatii i uczuć wyższych. Nasza niezwykłość przejawia się w kreatywności. Zwykliśmy mawiać, że mózg jest demiurgiem naszej cywilizacji, autorem kultury i etyki oraz norm zachowania i zwyczajów, w których tkwimy po uszy.

W związku z tym stawiam pierwsze pytanie retoryczne. Czemu służy ewolucja intelektualna, skoro sporej części homo sapiens bliżej jest do troglodytów niż do miana istot inteligentnych?

W tym kontekście szczególnie interesująco wygląda nasz lokalny koloryt.

W Polsce powszechnym społecznym zjawiskiem jest znikome uczestnictwo w ogólne dostępnych dobrach kultury i szeroko pojętej sztuki. Z badań zrealizowanych przez Ipsos jasno wynika, że aż 54 procent Polaków nie bywa w teatrze ani na koncertach, a liczna 57 procentowa grupa nie chodzi do kina.

Poziom naszego czytelnictwa też jest zatrważająco niski. Najnowsze badania przeprowadzone przez Bibliotekę Narodową i TNS Polska dowodzą, że w ciągu ostatniego roku czterech na dziesięciu naszych rodaków nie przeczytało żadnej książki. Połowa krajan nie sięgnęła nawet po tekst dłuższy niż 3 strony, a 77 procent ma kłopoty ze zrozumieniem słowa pisanego. To oryginalny wynik na tle innych państw Unii Europejskiej. Dla porównania – w Czechach notuje się czytelnictwo na poziomie ponad 80 procent, a we Francji na ponad 60 procent.

Warto też zwrócić uwagę na fakt, jak niewielka część społeczeństwa zna podstawy techniczne funkcjonowania otaczających nas przedmiotów codziennego użytku oraz jest w stanie urządzenia te samodzielnie naprawić lub zmodernizować. Dostęp do niezależnych mediów i alternatywnej myśli jest mocno ograniczony. W Polsce mieszka aktualnie 13 milionów pięćdziesięciolatków, z czego tylko 3 miliony korzystają z Internetu.

Oczywistym jest, że nie wszyscy mieszkańcy naszego kraju akceptują uniwersalne zasady i normy etyczne, oraz posiadają intelektualne możliwości dokonywania niezależnych wyborów. A właśnie etyczny sposób żywienia ma bezpośredni wpływ na środowisko naturalne. W krajach o wysokim stopniu rozwoju etyczne zakupy zyskują na popularności. Klienci zwracają uwagę na skład produktów, ich pochodzenie i sposób wytworzenia. Kontrolują czy producent testuje wyroby na zwierzętach i czy dba o środowisko naturalne. W naszym kraju kwestia społecznej odpowiedzialności praktycznie nie istnieje, a produkty wegańskie oraz ekologiczne są wciąż niszowe. Wyniki badań „Rzeczpospolitej” nie pozostawiają złudzeń. Tylko 20 procent Polaków byłoby skłonnych wydać do 10 procent więcej za etyczne produkty. Natomiast „Tygodnik Powszechny” podaje wyniki badań przeprowadzonych przez Instytut na rzecz Ekorozwoju. Zaledwie 5 procent naszych rodaków zwraca uwagę na metody produkcji przyjazne środowisku, a typ i sposób opakowania istotny jest dla 1,6 procenta ankietowanych. Konsekwentnie nie wybieramy etycznych, przyjaznych dla nas i środowiska produktów oraz alternatywnych rozwiązań żywieniowych. Dla porównania – w Szwecji i we Włoszech 10 procent społeczeństwa deklaruje się jako wegetarianie lub weganie.

Nieliczni przenikliwi zapaleńcy i entuzjaści świadomie i aktywnie poszukują nowych, lepszych artykułów i rozwiązań. Zbiorowość żyje z dnia na dzień bezdusznie i bezrefleksyjnie, jak automaty zmierza do zaprogramowanych celów społecznie wytyczonymi ścieżkami. Cywilizacja przy pomocy mediów konsekwentnie i bez skrupułów sterylizuje intelekt tłumu, pozbawia go wrażliwości, kreatywności i logicznego myślenia. Spora część z nas nie posiada elementarnej empatii oraz utraciła umiejętność odróżniania dobra od zła.

Tymczasem zło jest kulturowo niewidzialne. Osacza nas. Przyzwalamy na nie znieczulaniem, samooszukiwaniem, usprawiedliwianiem siebie, racjonalizowaniem, niedorzecznymi racjami i pragnieniami. Regularne dokarmiamy je podejmując codzienne rutynowe decyzje bez namysłu i chwili refleksji. Kupując kolejny owocowy jogurt, ser, pęto kiełbasy lub schab finansujemy potężne, zbrodnicze koncerny. Za naszą pełną aprobatą odbywa się systematyczna eksterminacja innych gatunków tylko po to, aby napełnić nasze żołądki niepotrzebnym nam białkiem zwierzęcym, by zaspokoić naszą potrzeba mięsa, by ukazać potęgę kolejnego boga. Z tych i wielu innych powodów nieustannie zagłuszamy dochodzące do głosu sumienie posiłkując się powszechnymi doktrynami, frazesami, cynizmem, obłudą i selektywnym myśleniem.

Śmiem wątpić, że jesteśmy gatunkiem wyjątkowym, chyba, że wyjątkowość ta dotyczy barbarzyństwa, jakie nieprzerwanie kreujemy w świecie. Powszechna zagłada jest naszym udziałem. Wycinamy lasy zawłaszczając kolejne przestrzenie należące do innych organizmów. Zatruwamy wodę i powietrze produkując niezliczone ilości zbędnych nam przedmiotów oraz mordujemy na skalę masową większość stworzeń.

Każdego dnia wokół nas odbywa się nieopisane barbarzyństwo. Dziesiątki tysięcy istot traci życie w warunkach urągających wszelkim normom. Ta nieprzerwana zbrodnia na masową skalę to zło w czystej formie.

Stawiam drugie i kolejne pytania retoryczne. Odpowiedzcie sobie na nie sami. Czy istnieje humanitarne morderstwo? Czy istnieje humanitarne pozbawienie wolności? Czy istnieje humanitarny gwałt, humanitarna pedofilia i humanitarny holokaust?

Watch-what-you-eat

Mięsożercy leją wodę

Odżywianie się świadomymi istotami żywymi uważam za okrutne. Pomijając jednak kwestie etyczne i zdrowotne, które są indywidualne i nie podlegają dyskusji, mięsożerność jest postawą przede wszystkim nieekologiczną, a ta dotyczy nas wszystkich.

Argumenty łączące spożycie mięsa z degradacją środowiska naturalnego są mocne. Mógłbym posłużyć się dysproporcją pomiędzy ilością protein roślinnych dostarczanych, jako karma dla zwierząt hodowlanych, a otrzymywaną ilością protein zwierzęcych lub dysproporcją zużytego paliwa kopalnego wykorzystywanego w produkcji mięsa do ilości otrzymywanych protein zwierzęcych czy zjawiskiem erozji gleby, wycinaniem lasów pod tereny uprawne lub nadmiernym wykorzystaniem powierzchni rolnej do produkcji pasz.

Dla poparcia tej tezy posłużę się tylko jednym, w moim odczuciu najistotniejszym proekologicznym argumentem, bez wątpienia wartym chwili refleksji i przemawiającym za weryfikacją dotychczasowej diety. Chodzi o marnotrawstwo wody.

Czy wiecie, że do „wyprodukowania” jednego kilograma wołowiny zużywane jest 15 400 litrów czystej wody, co daje 3850 litrów, aby na talerzu znalazł się jeden 250 gramowy kawałek mięsa!

Przy tak ogromnym popycie na wodę w tym typie produkcji żywności, w bliskiej czasowo perspektywie zacznie nam brakować tej życiodajnej substancji. Zjawisko to będzie wyraźnie zauważalne jeszcze za naszego życia!

Wniosek jest następujący.  Jeśli radykalnie nie ograniczymy spożycia mięsa, to do roku 2050 ilość zasobów wodnych nie zapewni pokrycia potrzeb ludzkości na wodę. Dokonując wyboru sposobu odżywiania wpływamy na ilość i jakość zasobów wodnych na naszej planecie.

Dont-Eat-MeAt

Daj, nie odmawiaj

Pisząc te słowa nie jest mi do śmiechu. Przestrzeń publicznych etatów po dwóch dekadach przemian wciąż egzystuje w czasach realnego socjalizmu, w których to na porządku dziennym pozostawało mydlenie oczu o solidarności społecznej.

Po tej małej dygresji zacznę tak.

W małej miejscowości na końcu świata, gdzie księżyc mówi dobranoc, a słońce bardzo rzadko mówi dzień dobry stoi dom kultury, w którym to prowadzę od dłuższego czasu warsztaty, w utworzonym nie bez trudności klubie fotograficznym. Rada miasta w zdecydowanej większości była wówczas nieprzychylna pomysłowi stworzenia klubu fotograficznego oraz mentalnie nieprzygotowana, aby zrozumieć i zaakceptować rodzący się nowy byt i wypływające z niego korzyści dla mieszkańców, de facto ich wyborców.

Klub jednak powstał, działa i rośnie w siłę. Planujemy kolejne wystawy promujące miasto, a co najistotniejsze nasze spotkania rozwijają i motywują, dają twórczą radość grupie mieszkańców oraz entuzjastów fotografii spoza naszej miejscowości, a czasem nawet turystom.

Ta miejscowość nie różni się niczym szczególnym od podobnych osad gęsto rozsianych po naszej malowniczej krainie, więc i tu zawitał kryzys. Runął niespodziewanie jak grom z jasnego nieba lub jak meteoryt tunguski wznosząc tumany pyłu i zakrywając gęstą warstwą chmur i tak często pozbawione słońca niebo.

Gdy już na początku roku w kasie miasta zabrakło środków pieniężnych na promocję „kurortu premium”, część radnych bezrefleksyjnie zauważyła, że klub fotograficzny działający przy domu kultury pozostaje niejako „do dyspozycji”. Można więc wykorzystać uczestników warsztatów sięgając po ich doświadczenie, umiejętności, talent, sprzęt i czas wolny, aby w ten niekonwencjonalny sposób nieodpłatnie pozyskać fotografie komercyjne, promujące miasto oraz dokumentujące wydarzenia kulturalne i sportowe.

Umówionego dnia, w domu kultury pojawił się delegat z urzędu miasta, który przedstawił nam oczekiwania władz, a następnie w trybie warunkowym „poprosił” o nieodpłatne wykonanie i przekazanie fotografii do celów promocyjnych, z uwagą, iż w przypadku odmowy „może to być jeden z argumentów za rozwiązaniem klubu”.

W taki oto sposób część radnych oraz urzędników, najprawdopodobniej nieświadomych istniejących reguł wolnego rynku i poszanowania cudzej pracy, łamie uznane powszechnie normy społeczne i fundamentalne zasady panujące w społeczeństwie demokratycznym, takie jak wzajemny szacunek, uznanie profesjonalizmu czy najistotniejszą – zapłatę za wykonaną pracę. „Prośba” o przekazanie bez umów, na czas nieokreślony, a co najistotniejsze z przeniesieniem majątkowych praw autorskich do kilkudziesięciu fotografii przeznaczonych do wykorzystania komercyjnego brzmi jak żart.

Jestem fotografem zawodowym, z wykształcenia i zamiłowania, z wieloletnim doświadczeniem, z bardzo dobrą znajomością warsztatu i kilku programów do edycji obrazu i prawdę mówiąc czuję się wysoce niekomfortowo, gdy urzędnicy nadużywając danej im czasowo władzy, w tak roszczeniowej formie wymagają od nas bezpłatnego przekazania owoców naszej pracy.

Stawiam pytanie retoryczne, dlaczego anormalność w relacjach międzyludzkich staje się normą? Dlaczego demokratycznie wybrane władze bezpardonowo łamią elementarne zasady społeczeństwa demokratycznego, takie jak wzajemny szacunek, uznanie kompetencji i umiejętności, czy poszanowanie dla wykonanej pracy?

Uzdrowisko

Navigation

Navigation

Alchemy of Time

Alchemy-of-Time